„Leczenie przebiegło pomyślnie.”
„Podchodzimy do tego tydzień po tygodniu”.
Mike słyszał każde słowo.
Wiedział też, kiedy udawaliśmy.
Pewnego popołudnia, podczas kolejnej infuzji, wolontariuszka fundacji Make-A-Wish o imieniu Claire siedziała przy jego szpitalnym łóżku. Miała na sobie zielone trampki i trzymała w ręku teczkę ozdobioną gwiazdkami.
„Gdybyś mógł pojechać gdziekolwiek”, zapytała mojego syna, „dokąd byś pojechał?”
Mike odpowiedział natychmiast.
„Disneyland!”
„Dlaczego Disneyland?”
Spojrzał na przejrzyste lekarstwo spływające mu na ramię.
„Bo tam nikt nie może chorować. Tylko być szczęśliwym.”
Claire udało się zachować uśmiech.
Nie mogłem.
Miesiąc później zadzwoniła.
Jego życzenie zostało spełnione.
Nie powiedzieliśmy Mike'owi, dopóki nie przyszły bilety, ponieważ Stella i ja nauczyliśmy się ostrożnie obchodzić z nadzieją. Widzieliśmy, jak zbyt wiele planów znika po złym skanowaniu.
Gdy w końcu pokazaliśmy mu bilety, dwa razy przeczytał cel podróży.
Potem wyszeptał: „Wszyscy trzej?”
„Wszystkie trzy” – powiedziała Stella.
Przycisnął bilety do piersi.
W ten sposób znaleźliśmy się na miejscu 12A.
—
Mike siedział przy oknie. Stella zajęła środkowe miejsce, a ja usiadłem w przejściu, udając, że nie zauważam, jak często sprawdza kolor jego twarzy.
