Nosiła używane buty bez narzekania, dziękowała mi za proste posiłki i nadal nazywała goździki ze sklepu spożywczego „wymyślnymi kwiatami”, ilekroć przynosiłam je do domu.
Chciałam jednego dnia bez kas fiskalnych, wybielacza i nieustannego zmartwienia.
Pewnego dnia poczuła się jak każda inna mała dziewczynka, której największym zmartwieniem jest wybór między ciastem a lodami.
Zapłaciłam więc za krzesła, spakowałam nasze rzeczy i obiecałam sobie, że nie spędzę całego dnia czując się winna.
Wtedy Amelia zapytała: „Czy możemy dostać pasujące do siebie stroje kąpielowe?”
Zaśmiałam się. „Pasujące stroje kąpielowe?”
To mnie przekonało.
Zamówiłam dwa proste, niebieskie garnitury z białymi wykończeniami. Jej miał drobne falbanki na ramionach. Mój był gładki i całkowicie zakrywający. Kiedy dotarły, Amelia uniosła je i oznajmiła: „Idealne”.
„Idealne do czego?” – zapytałem.
Rano w dniu swoich urodzin pomogła mi spakować ręczniki, krem do opalania i dwa kartoniki soku, który nazywała „sokiem awaryjnym”.
Kiedy dotarliśmy do ośrodka, niemal podskakiwała z radości. Było o wiele przyjemniej niż gdziekolwiek, gdzie ją zazwyczaj zabierałem.
Białe parasole.
Leżaki w nieskazitelnym stanie.
Kobiety w wypolerowanych sukienkach i z markowymi torbami.
Przy wejściu umieszczono znak informujący, że tego popołudnia ośrodek organizuje spotkanie z rodziną, zorganizowane przez lokalną firmę zajmującą się stylem życia.
Zauważyłem to wszystko, ponieważ nagle stałem się bardzo świadomy samego siebie.
Mój wiek.
Mój ograniczony budżet.
Jak starannie oszczędzałem, żeby móc tam spędzić jeden dzień.
Amelia ścisnęła moją dłoń.
„My też tu należymy” – powiedziała.
Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się. „Tak, mamy”.
Przebraliśmy się, znaleźliśmy nasze krzesła i poszliśmy prosto do basenu.
Przez chwilę dzień był idealny. Amelia mnie ochlapała. Ja odwzajemniłem jej ochlapanie. Objęła mnie ramionami za szyję i wyszeptała: „Najlepsze urodziny w życiu”.
Potem wyszliśmy z wody.
Właśnie sięgałam po ręczniki, gdy kobieta za nami głośno krzyknęła: „O mój Boże”.
Odwróciłem się.
Wyglądała na jakieś trzydzieści lat, miała na sobie elegancki kapelusz, błyszczącą szminkę i drogie okulary przeciwsłoneczne wsunięte we włosy. Za nią siedziały dwie kobiety z mrożonymi drinkami i identycznymi torbami.
Zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów.
„Nie jest ci wstyd?”
Mrugnęłam. „Przepraszam?”
Zaśmiała się krótko.
