– Nie rób scen, Martyna.
Wszyscy już czekają –
powiedział Paweł,
poprawiając mankiet koszuli
z taką irytującą pewnością,
jakby mówił do dziecka,
które marudzi przed wyjściem z domu.
– Po ślubie spokojnie to ustalimy.
Złożysz wypowiedzenie,
odpoczniesz.
Wreszcie zajmiesz się czymś
naprawdę ważnym.
Stałam w wąskim korytarzu
przy zakrystii kościoła św. Józefa
w naszym miasteczku pod Radomiem.
Miałam na sobie suknię,
za którą moja mama zapłaciła
prawie trzy swoje pensje.
W dłoni ściskałam bukiet białych róż
tak mocno, że jedna z łodyg pękła
i zimna woda spłynęła mi po palcach.
Za drzwiami szumiały rozmowy
blisko stu osób: ciotek,
kolegów Pawła z firmy budowlanej,
sąsiadów moich rodziców,
ludzi, którzy przyszli zobaczyć,
jak „Martynka dobrze wychodzi za mąż”.
Organista ćwiczył pierwsze nuty
marsza Mendelssohna.
A ja patrzyłam na człowieka,
którego miałam za chwilę nazwać mężem,
i nagle czułam tylko strach.
Dalszy ciąg na następnej stronie.👉
