Na przyjęciu zaręczynowym mojego syna podarowałam mu ręcznie szytą kołdrę, nad którą pracowałam osiem miesięcy.
Jego narzeczona podniosła ją przed wszystkimi, obróciła raz i położyła na stole z prezentami, jakby to była ulotka, którą ktoś wręczył jej na ulicy.
„To miłe” – powiedziała.
Potem uśmiechnęła się do pozostałych gości i poszła dalej. Mój syn nie powiedział ani słowa.
Tego wieczoru wracałam do domu drogą 401, z opuszczonymi szybami, mimo że był październik. Potrzebowałam zimnego powietrza, żeby nie płakać w samochodzie.
Użyłam materiału z jego dzieciństwa: flanelowej koszuli, którą nosił w każdą sobotę, kwadratowego kawałka jego koszulki hokejowej i zasłon z jego pierwszej sypialni.
Osiem miesięcy.
