W wieku 54 lat zamieszkałam z mężczyzną, którego znałam zaledwie od kilku miesięcy, aby nie sprawiać przykrości córce, ale wkrótce wydarzyło się coś tak strasznego, że bardzo tego żałowałam.

Zaczęliśmy się spotykać. W dojrzały sposób.

Gotował obiad, odbierał mnie po pracy, oglądaliśmy telewizję, popołudniami chodziliśmy na spacery. Żadnej namiętności, żadnego dramatu. Myślałam, że to normalny związek w naszym wieku.

Kilka miesięcy później zaproponował przeprowadzkę. Długo się nad tym zastanawiałam, ale uznałam, że to właściwa decyzja. Moja córka będzie miała wolność, a ja będę miała własne życie. Spakowałam rzeczy, uśmiechnęłam się i powiedziałam, że wszystko jest w porządku. Chociaż w głębi duszy czułam się nieswojo.

Na początku wszystko szło gładko. Razem urządzaliśmy dom, chodziliśmy na zakupy i dzieliliśmy się obowiązkami. Był uważny. Odprężyłam się.

A potem zaczęły się dziać małe rzeczy. Włączyłam muzykę — narzekała — Kupiłam inny chleb — westchnęła — Postawiłam kubek nie tam, gdzie trzeba — coś zauważyła — Nie protestowałam. Pomyślałam: każdy ma swoje przyzwyczajenia.

Potem zaczęły się pytania. Gdzie byłeś? Dlaczego się spóźniłeś? Z kim rozmawiałeś? Czemu nie odpowiedziałem od razu? Na początku myślałem, że jest zazdrosny, a to rzadkość w moim wieku.

Jednak wkrótce sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej.