CZĘŚĆ 1
Kiedy zaczynałam pracę w domu opieki, nigdy nie wyobrażałam sobie, że jedna pensjonariuszka zmieni bieg mojego życia. Wtedy wierzyłam, że to ja jej pomagam. Nie miałam pojęcia, że ona po cichu pomagała też mnie.
Dom opieki był mały, zawsze unosił się w nim zapach cytrynowego środka czyszczącego, ciepłej herbaty i starych książek. Po roku spędzonym tam jako sanitariusz, zaczął przypominać mi bardziej dom niż większość miejsc, w których dotychczas mieszkałam.
Dorastanie w rodzinie zastępczej uczy rozpoznawania dobroci w drobnych szczegółach.
A było ich tam mnóstwo.
Większość mieszkańców na początku mnie nie zauważyła.
Z wyjątkiem Glorii.
Gloria miała osiemdziesiąt dwa lata, była uparta, bystra i jakimś cudem potrafiła wywołać uśmiech na twarzach wszystkich wokół, nawet się nie starając.
Kiedy pierwszy raz przyniosłem jej tacę ze śniadaniem, zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów i powiedziała: „Jesteś nowy. Ale nie poruszasz się jak ktoś nowy. Nosiłeś tace całe życie, prawda?”
Zaśmiałem się. „Coś w tym stylu. Jestem Daniel.”
„No, Danielu” – powiedziała, klepiąc krzesło obok łóżka – „usiądź na chwilę. Opowiedz mi o sobie”.
