Założenie szmaragdowozielonej sukienki na moje urodziny kosztowało mnie męża
Następnego wieczoru stanęłam przed małym lustrem w łazience na dole i nałożyłam nową szminkę, którą kupiłam w drogerii. Miała odcień Warm Berry, jaśniejszy niż blady róż, którego używałam od dnia naszego ślubu.
Wygładziłam fartuch dłońmi, próbując ocenić, czy kolor nie sprawia, że moje zęby wydają się żółte. Za mną w korytarzu zaskrzypiała deska podłogowa.
„Czy w mieście jest parada?” zapytał Damon, stojąc w drzwiach łazienki.
Trzymał w ręku kubek czarnej kawy i spoglądał na zegarek.
„Chciałam spróbować czegoś innego na kolację w przyszłym tygodniu” – powiedziałam, patrząc na zlew.
„Wyglądasz, jakbyś szła na szkolną potańcówkę” – powiedział, upijając łyk z kubka. „Masz pięćdziesiąt lat, Eleno, więc chyba powinnyśmy zostawić farbę dziewczynom”.
Uśmiechnął się, chcąc pokazać, że żartuje, ale kubek z kawą głośno stuknął o kafelkowy blat, gdy go odstawił.
Wziąłem kawałek wilgotnego papieru toaletowego i wytarłem jagodowy kolor z ust, aż znów zbladły. Wrzuciłem papier do kosza na śmieci i nie spojrzałem na niego.
„Zawsze tak poważnie traktujesz moje żarty” – powiedział ze śmiechem, wchodząc do salonu.
Długo stałam, obserwując swoje odbicie w przyćmionym świetle łazienki. Pocierałam dłońmi uda, czując na dłoniach szorstką bawełnę fartucha.
W czwartek rano listonosz zostawił na ganku miesięczny wyciąg z karty kredytowej. Siedziałem przy stole w jadalni z kopertą, wsuwając srebrny nóż do masła pod plombę, żeby ją cicho otworzyć.
Rachunek z Evelyn's Dress Shop był na samym dole, sto czterdzieści dolarów, wyraźnie odstając od rachunków za media i sumy za zakupy. Słyszałem tupot ciężkich butów Damona schodzących po drewnianych schodach.
