Założenie szmaragdowozielonej sukienki na moje urodziny kosztowało mnie męża

Damon siedział przy kuchennym stole, przesuwając palcem po krawędzi wydrukowanego menu, które otworzył na laptopie. Poprawił kołnierzyk, chociaż miał na sobie tylko szary podkoszulek.

„Trzydzieści cztery dolary za pieczonego kurczaka” – powiedział Damon, kręcąc głową. „W Oak Creek w Ohio. Chyba myślą, że ludzie nie wiedzą, ile kosztuje ptak w sklepie spożywczym”.

„Dzieciaki wybrały ją ze względu na patio” – powiedziałam, wpatrując się w karczek koszuli. „Chcieli czegoś ładnego na moje pięćdziesiąte urodziny”.

„Chcieli czegoś drogiego” – powiedział. Stuknął w ekran. „A ich ojciec musi wyciągnąć portfel. Jake ma dwadzieścia cztery lata, powinien już rozumieć, jak działa budżet”.

„Jake płaci za swoją część, Damon” – powiedziałem.

Nie oderwał wzroku od ekranu. „Mówi, że tak. Zobaczymy, kto faktycznie zapłaci, kiedy rachunek dotrze”.

„Teraz ma dobrą pracę” – powiedziałem.

„Stanowisko marketingowe na poziomie podstawowym w Columbus to nie kariera, Eleno. To praca na start”. Damon z trzaskiem zamknął laptopa. „Po prostu nie chcę, żeby marnował pieniądze, żeby zaimponować ludziom”.

Odstawiłem żelazko na piętę i po raz ostatni wygładziłem rękaw koszuli. „On próbuje mnie zaimponować”.

Damon nie odpowiedział. Wstał, wziął wieszak z mojej ręki i zaniósł koszulę w stronę korytarza, nie dziękując.

O czwartej żelazko wystygło i wróciło do spiżarni. Stałem w jadalni, patrząc na drobinki kurzu unoszące się w bladym październikowym słońcu. Mój telefon zawibrował na kredensie.

To był SMS od Jake'a. „Właśnie wyjeżdżam z Columbus. Powinniśmy być w restauracji o szóstej czterdzieści pięć. Jedziecie niedługo?”

Moja ręka zawisła nad klawiaturą. Wiedziałam, ile pracy Jake włożył w zorganizowanie tej kolacji z Lily i Noahem. Lily spędziła trzy tygodnie, próbując znaleźć stolik przy kominku, a Noah odłożył napiwki ze sklepu z narzędziami, żeby kupić prezent.

Damon wszedł do pokoju, mając na sobie białą koszulę, ale rozpiętą u góry. Spojrzał na zegarek. „Na co się gapisz?”

„Jake” – powiedziałem. „Chce się upewnić, że jesteśmy w drodze”.

„Zawsze nas sprawdza” – powiedział Damon, idąc w stronę łazienki. „Powiedz mu, że dotrzemy tam, kiedy dotrzemy”.

Napisałem: „Już się szykujemy. Nie mogę się doczekać, żeby cię zobaczyć”.

Poszedłem do sypialni i zamknąłem drzwi. W domu panowała cisza, jedynym dźwiękiem był cichy szum grzejnika w korytarzu.

Sięgnęłam w głąb szafy, mijając ciemne wełniane płaszcze i praktyczne zimowe spódnice, i wyciągnęłam pudełko z salonu sukien Evelyn. Chusteczki głośno zaszeleściły w cichym pokoju.

Wyjęłam szmaragdową sukienkę i przycisnęłam ją do siebie. Wydawała się lekka, niemal nieważka, w porównaniu z ciężkimi bawełnami, które zazwyczaj nosiłam.

Sięgnęłam do mojego małego pudełka na biżuterię i wyjęłam z niego zużyte perłowe kolczyki mojej mamy. Były małe i lekko pożółkłe ze starości, ale to była jedyna prawdziwa biżuteria, jaką posiadałam. Wpięłam je w uszy, a zimny metal szczypał mnie w płatki uszu.

„Dasz radę” – szepnęłam do siebie, patrząc na ścianę. „To tylko sukienka”.

Włożyłam zielony jedwab i naciągnęłam go na ramiona. Suwak zapiął się bez trudu, a materiał ciasno opinał moją talię.

Wyszłam z sypialni, a moje obcasy cicho stukały o drewnianą podłogę.

Damon wchodził po schodach, krawat wciąż miał luźno zawiązany na szyi. Zatrzymał się na trzecim stopniu od góry, trzymając się poręczy. Jego wzrok powędrował od moich butów w górę, na moją szyję, zatrzymując się tam na dłuższą chwilę.

„Na serio to nosisz?” – zapytał. Jego głos był płaski, pozbawiony ciepła.

„Tak” – powiedziałam, wygładzając dłońmi spódnicę. „Kupiłam ją w zeszłym tygodniu”.