Założenie szmaragdowozielonej sukienki na moje urodziny kosztowało mnie męża
„Wyglądasz, jakbyś się za bardzo starała, Eleno” – powiedział, poprawiając kołnierzyk. „Kobieta w twoim wieku w jaskrawej zieleni. Ludzie będą się gapić”.
„Niech się gapią” – powiedziałem, choć głos mi się lekko załamał.
„Nie pozwolę, aby tak piękny wieczór się zmarnował” – dodałem.
Damon zaśmiał się krótko i ostro. „Zawsze podchodzisz do wszystkiego tak defensywnie. Po prostu się o ciebie troszczę. Nie chcesz zrobić z siebie idioty przed dziećmi”.
Odwrócił się i zszedł po schodach, nie czekając na moją odpowiedź.
Stanęłam na szczycie schodów, opierając dłoń na gładkiej drewnianej poręczy. Słyszałam go na dole, szeleszczącego kluczami. Nie przebrałam się. Zbiegłam po schodach, otworzyłam drzwi wejściowe i poszłam za nim na podjazd.
Powietrze było rześkie, a z chodnika unosił się zapach suchych liści. Wsiedliśmy do samochodu bez słowa.
Siedziałam na miejscu pasażera w cichym samochodzie, wygładzając spódnicę, gdy jechaliśmy w stronę restauracji.
Silnik naszego sedana zgasł, pozostawiając jedynie szum nagrzewnicy i stukot stygnącego metalu pod maską. Damon nie odpiął pasów. Siedział z obiema dłońmi zaciśniętymi na godzinie dwunastej na kierownicy, z oczami wbitymi w przednią szybę, jakby czekał na zmianę świateł na pustym parkingu.
Deska rozdzielcza rzucała bladoniebieską poświatę na jego kołnierzyk. Dwukrotnie poprawiał krawat, jego palce zatrzymywały się na jedwabnym węźle, zanim w końcu odwrócił głowę, żeby na mnie spojrzeć.
„Otworzysz drzwi?” – zapytałem.
Nie odrywał rąk od kierownicy. Stuknął kciukiem w skórzany pasek, trzy wolne uderzenia, po czym spojrzał na zegarek, stukając dwukrotnie w tarczę.
„Mamy dokładnie trzy minuty przed siódmą” – powiedziałem, patrząc na świecący na desce rozdzielczej cyfrowy zegar.
„Widzę, która godzina, Eleno” – powiedział, a jego głos opadł do tego cichego, ostrego rejestru, którego używał, gdy chciał mieć pewność, że skupiłam na nim całą swoją uwagę.
Ponownie poprawił kołnierzyk, stukając palcami o szyję. „I widzę, co masz na sobie. Naprawdę myślałaś, że nic nie powiem?”
„Miałam nadzieję, że powiesz, że wyglądam ładnie” – powiedziałam, patrząc na swoje dłonie.
„Nie będę cię okłamywał tylko po to, żebyś poczuła się lepiej” – powiedział. „Ta zieleń jest zdecydowanie za jaskrawa. Sprawia, że twoja skóra wygląda blado, a cięcie jest za niskie”.
„Sprzedawczyni powiedziała, że mi pasuje” – wymamrotałem łamiącym się głosem.
„Oczywiście, że tak” – warknął. „Chciała twoich stu czterdziestu dolarów. Nie musi wchodzić z tobą do szanowanej restauracji”.
Puścił kierownicę i pozwolił dłoniom opaść na kolana, a jego kostki pobielały w słabym świetle kabiny. Wpatrywał się w zielony jedwab, który zbierał się wokół mojej talii, a jego usta wykrzywiły się w cienką, twardą linię.
„Naprawdę to nosiłaś” – powiedział.
„Rozmawialiśmy o tym w domu, Damon. Dzieciaki czekają w środku.”
„Czekają na swoją matkę” – powiedział. „Nie na cokolwiek to jest”.
Przesunęłam dłońmi po udach, próbując rozprostować jedwab. Tkanina była chłodna i cienka pod moimi dłońmi, co stanowiło ostry kontrast z ciężkimi zimowymi płaszczami, które zazwyczaj nosiliśmy w połowie października.
„To tylko sukienka na moje urodziny” – powiedziałam cicho. „Chciałam ładnie wyglądać”.
Sięgnął po kluczyki w stacyjce, wciąż trzymając kciuk przyciśnięty do metalowej obudowy breloka. Nie przekręcił ich, ale groźba w tym geście pozostała wyraźna.
„Miłość to jedno” – powiedział, patrząc prosto przez szklane drzwi The Gilded Lantern. „To aż prosi się o uwagę”.
„Jake i Lily spędzili tygodnie planując to” – powiedziałem, opierając dłoń na plastikowej klamce. „Zaoszczędzili własne pieniądze, żeby zapłacić za ten stolik”.
